wtorek, 7 stycznia 2014
barcelona. trzecia nad ranem.
zupełnie pusto i cicho. nikogo z ludzi. czasem przebiegną węszące psy, przystając na moment przy słabo zawiązanym worku na śmieci - nocą trzymają się w grupie, po dwa, trzy i trochę strach je mijać w wąskim na półtora metra zaułku. ale nie są agresywne, podobnie jak te z Odessy czy Stambułu: zależne od ludzi, bardziej szukają empatii niż zaczepki.
za dnia pełne turystycznego, studenckiego i handlowego gwaru, po północy boczne uliczki w Sant Pere pozostają do rana bez życia. zakluczone drzwi i zatrzaśnięte żaluzje sklepików zalewa silne światło lamp, które wycina z pola widoczności wyższe partie fasad; natomiast spracowany chodnik oraz chropowate ściany parterów prezentują z detalami każdą plamę, szczelinę i szczerbę. powyżej, aż po głębie nocnego nieba, panuje mrok. do czasu. o świcie robotne słońce wstanie z morza, wygasi halogeny, powywozi śmieci, otworzy okiennice, odsunie rolety witrynom i puści w ruch niezmiennie pogodną codzienność.
poniedziałek, 6 stycznia 2014
kraków. miejsce na gołębiej.
zakręt ulicy Gołębiej: tak delikatny zabieg - lekkie odgięcie tuż przed spotkaniem z Bracką - a w regularnej, prostokątnej siatce ulic Starego Miasta tworzy wyraźną zmianę zachowania formy urbanistycznej i, przez to, wyjątkowe krakowskie miejsce. gdy do tego dodać subtelne relacje pomiędzy gzymsami, nadprożami oraz parapetami sąsiadujących fasad, oraz zgaszoną cytrynowo-wątrobianą paletę ścian, to otrzymujemy mocno związaną pierzeję, której komitywy nie jest w stanie nadwyrężyć nawet znacznie niższa fasada Kamienicy Ligęzów pod numerem 4.
niedziela, 5 stycznia 2014
lwów. książka i miasto.
od lat siedemdziesiątych plac pomiędzy Cerkwią Wołoską a Kościołem Dominikanów we wschodniej części starego miasta, opanowali bukiniści. jak rok długi rozkładają się ze swym sczytanym, wrażliwym na aurę towarem - na niepogodę uzbrojeni w parasole i płachty folii, które malowniczo podrywają i wydymają schodzące z pobliskiego wzgórza powietrzne podmuchy. układane wprost na ziemi stare, kanciaste walizki wypełnione najdziwniejszymi tytułami, tworzą nieregularne kręgi dookoła figury Iwana Fedorowa - pierwszego lwowskiego drukarza - który, niczym wschodniosłowiański mag, skupia wokół siebie lokalne oraz przyjezdne miłośniczki i miłośników książek. Książka i miasto tworzą wszędzie mega zmysłowe połączenie, a rosłe, powabne ciało Iwana daje o tym we Lwowie jawne świadectwo :)
sobota, 4 stycznia 2014
rzym. wieczna pojemność.
zazdroszczę Rzymiankom. że mogą żyć zakorzenione w kulturze swojego miasta i jednocześnie pozostać ultra-współczesne. że nie muszą wybierać jednego stylu bycia, by dostroić się do kontekstu. na ulice i place wynoszą swoje codzienne nastroje oraz pragnienia - bez zostawiania prawdziwych siebie w ukochanej kawiarni, galerii, księgarni czy we własnych pokojach wypełnionych internetowym światem, rozrzuconymi magazynami, nową powieścią przy łóżku czy muzyką M.I.A. :) tu nowa architektura i miejski dizajn - osadzone w dawnych formach - trzymają się bardzo blisko swoich ludzi, ich dzisiejszej ekspresji, rytuałów i upodobań. tego właśnie zazdroszczę Rzymiankom..
piątek, 3 stycznia 2014
warszawa. niemal wspaniały świat.
małe, zamożne miasteczko gdzieś w środku Europy - ale nie niemieckie. kilkuosiowe fasady z porządnymi, boniowanymi parterami, co rusz przebitymi nieprzepastną bramą. piętra z oknami o wąskich brwiach naczółków, posadzonymi na linijkach pierwszego gzymsu. część najwyższa wsunięta pod niezbyt wydatny gzyms zbyt płaskich dachów. w palecie scian dominacja beżu, ecru, bladych róży, poszarzałych szarości, koloru tabaczkowego. bujne pelargonie w ciemnobrazowych skrzyniach, masywne śmietniki, kręcone lody, transport publiczny, rowery i świeża prasa. żyć-nie-umierać oraz francja-elegancja. gdzie? u nas, w kochanej Warszawie :)
czwartek, 2 stycznia 2014
wilno. pierwsza miłość.
podobnie jak do osoby, tak z miłością do miasta sprawa jest skomplikowana. moja pierwsza była gwałtowna i zgubna dzięki wileńskim ulicom, które porywały mnie niepostrzeżenie bez możliwości kontroli czy obrony i wyrzucały w zupełnie niespodziewanych miejscach oraz klimatach. wciąż i wciąż na nowo: pełne oddanie i pełne spełnienie; "ciemne, tajemnicze chemizmy" - jak je w "Dziennikach" nazywa Leopold Tyrmand. w moim wypadku - ciemne chemizmy Wilna.
środa, 1 stycznia 2014
gdańsk. nowy k-rok.
dlaczego nie możemy dziś tak budować? to jest jakieś tabu - możemy krzywo, możemy równo... ale nie możemy "prawie równo". cud, że w zrujnowanym powojennym Gdańsku to tabu nie działało - na miejscu było jeszcze z czego się uczyć, choć, na szczęście, nie było już wystarczająco dużo pieniędzy i czasu, aby na północ od Piwnej stosować stylistykę ulicy Długiej. teraz takich nowych, "prawie równych" pierzei nie uświadczysz nigdzie. czas to zmienić!
Subskrybuj:
Posty (Atom)