czwartek, 9 stycznia 2014

ryga. polifonia placu.




dziś plac wygląda inaczej. taki pozostał jedynie na fotografiach nielicznych przyjezdnych, którzy pewnego listopada w początkach 21. wieku, niepomni na przenikliwy ziąb, próbowali tu pochwycić zmarzniętego ducha miejsca. trzy budynki ze zdjęcia, stojące do siebie w dynamicznej relacji, precyzyjnie odwzorowują zmiany jakie zaszły w formie architektonicznej miasta w ciągu ubiegłego wieku: po prawej dziedzictwo, z którym się rozpoczynał, po lewej, nowe, które wypełniło większą część jego trwania, w centrum - schyłkowa próba pożenienia "lewego" z "prawym".

współczesność okazała się niełaskawa dla "lewego" - na jego miejscu stoi dziś okazałe pole piwnych parasoli, stragany z chińsko-łotewską etnografią i pozbawiony urody public-art. niegdysiejszy plac poszerzył się w komercyjne nie-miejsce, a niechcianej w obszarze starówki moderny nie ocalił nawet zrośnięty z nią starożytny fragment ceglanego muru.

słup plakatowy nie przeżył opisywanych wypadków.

środa, 8 stycznia 2014

salamanka. solidność materii.



wyobrażenie miasta, które - niczym Jordańska Petra w skale - w całości jest wyrzeźbione z jednej substancji. idziesz wąskimi ulicami, mijasz rozszerzenia placów, znów wchodzisz w korytarz ulicy uformowany z obu stron przez kunsztowne ciągłe pierzeje, za którymi rozciąga się zwarta, solidna materia. trochę przypomina to zabudowę przedwojennego Głównego Miasta w Gdańsku, przedstawioną szczegółowo na planie Buhse'go, gdzie kwartały wypełnione były masą kamienic po brzegi swych granic, a intensywność zabudowy zbliżała się do 100%.

taka wizja - dla jednych klaustrofobiczna, dla innych ultra-bezpieczna i otulająca - wydaje się spełniać w Salamance. to o niej opowiadają monochromatyczne fasady, które, bez względu na wybraną sukienkę stylu, wszystkie uszyte są z tej samej tkaniny. Zarówno kołnierzyki gzymsów, zakładki pilastrów czy falbanki naczółków i balkonów pierzei - całość powstała z jednej olbrzymiej beli materiału. to samo dotyczy wewnętrznych kieszeni arkad i podcieni - jakbyś głęboko nie zaglądał, nie znajdziesz ni śladu podszewki.. 

metafora sukienki w tym momencie gwałtownie się wyczerpuje, gdyż opisywany obraz zakłada dalszą podróż z przestrzeni publicznej ulicy wgłąb kwartału zabudowy. podróż, będącą stopniowym wnikaniem w coraz bardziej ciasną i dotykową materię prywatności, prowadzącą poprzez zwężające się stopniowo korytarze, aż do osobistych sekretnych miejsc, skrytych przed daleką zewnętrznością, z jej chwiejnością, zmiennością, bezładem i wymagającą obcością.

wtorek, 7 stycznia 2014

barcelona. trzecia nad ranem.




zupełnie pusto i cicho. nikogo z ludzi. czasem przebiegną węszące psy, przystając na moment przy słabo zawiązanym worku na śmieci - nocą trzymają się w grupie, po dwa, trzy i trochę strach je mijać w wąskim na półtora metra zaułku. ale nie są agresywne, podobnie jak te z Odessy czy Stambułu: zależne od ludzi, bardziej szukają empatii niż zaczepki.

za dnia pełne turystycznego, studenckiego i handlowego gwaru, po północy boczne uliczki w Sant Pere pozostają do rana bez życia. zakluczone drzwi i zatrzaśnięte żaluzje sklepików zalewa silne światło lamp, które wycina z pola widoczności wyższe partie fasad; natomiast spracowany chodnik oraz chropowate ściany parterów prezentują z detalami każdą plamę, szczelinę i szczerbę. powyżej, aż po głębie nocnego nieba, panuje mrok. do czasu. o świcie robotne słońce wstanie z morza, wygasi halogeny, powywozi śmieci, otworzy okiennice, odsunie rolety witrynom i puści w ruch niezmiennie pogodną codzienność.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

kraków. miejsce na gołębiej.




zakręt ulicy Gołębiej: tak delikatny zabieg - lekkie odgięcie tuż przed spotkaniem z Bracką - a w regularnej, prostokątnej siatce ulic Starego Miasta tworzy wyraźną zmianę zachowania formy urbanistycznej i, przez to, wyjątkowe krakowskie miejsce. gdy do tego dodać subtelne relacje pomiędzy gzymsami, nadprożami oraz parapetami sąsiadujących fasad, oraz zgaszoną cytrynowo-wątrobianą paletę ścian, to otrzymujemy mocno związaną pierzeję, której komitywy nie jest w stanie nadwyrężyć nawet znacznie niższa fasada Kamienicy Ligęzów pod numerem 4.

niedziela, 5 stycznia 2014

lwów. książka i miasto.




od lat siedemdziesiątych plac pomiędzy Cerkwią Wołoską a Kościołem Dominikanów we wschodniej części starego miasta, opanowali bukiniści. jak rok długi rozkładają się ze swym sczytanym, wrażliwym na aurę towarem - na niepogodę uzbrojeni w parasole i płachty folii, które malowniczo podrywają i wydymają schodzące z pobliskiego wzgórza powietrzne podmuchy. układane wprost na ziemi stare, kanciaste walizki wypełnione najdziwniejszymi tytułami, tworzą nieregularne kręgi dookoła figury Iwana Fedorowa - pierwszego lwowskiego drukarza - który, niczym wschodniosłowiański mag, skupia wokół siebie lokalne oraz przyjezdne miłośniczki i miłośników książek. Książka i miasto tworzą wszędzie mega zmysłowe połączenie, a rosłe, powabne ciało Iwana daje o tym we Lwowie jawne świadectwo :)

sobota, 4 stycznia 2014

rzym. wieczna pojemność.


zazdroszczę Rzymiankom. że mogą żyć zakorzenione w kulturze swojego miasta i jednocześnie pozostać ultra-współczesne. że nie muszą wybierać jednego stylu bycia, by dostroić się do kontekstu. na ulice i place wynoszą swoje codzienne nastroje oraz pragnienia - bez zostawiania prawdziwych siebie w ukochanej kawiarni, galerii, księgarni czy we własnych pokojach wypełnionych internetowym światem, rozrzuconymi magazynami, nową powieścią przy łóżku czy muzyką M.I.A. :) tu nowa architektura i miejski dizajn - osadzone w dawnych formach - trzymają się bardzo blisko swoich ludzi, ich dzisiejszej ekspresji, rytuałów i upodobań. tego właśnie zazdroszczę Rzymiankom..

piątek, 3 stycznia 2014

warszawa. niemal wspaniały świat.


małe, zamożne miasteczko gdzieś w środku Europy - ale nie niemieckie. kilkuosiowe fasady z porządnymi, boniowanymi parterami, co rusz przebitymi nieprzepastną bramą. piętra z oknami o wąskich brwiach naczółków, posadzonymi na linijkach pierwszego gzymsu. część najwyższa wsunięta pod niezbyt wydatny gzyms zbyt płaskich dachów. w palecie scian dominacja beżu, ecru, bladych róży, poszarzałych szarości, koloru tabaczkowego. bujne pelargonie w ciemnobrazowych skrzyniach, masywne śmietniki, kręcone lody, transport publiczny, rowery i świeża prasa. żyć-nie-umierać oraz francja-elegancja. gdzie? u nas, w kochanej Warszawie :)